<Z biegiem bloga stwierdzam, że wkrótce jeśli pójdę do pracy, trzeba będzie zmienić tytuł i zaczynają mi się nasuwać takie jak 'kawoholiczka' oczywiście pomijając 'pisoholiczkę', bo to już słowotwórstwo, ale fakt, nie ma dnia, bym czegoś nie napisała i nie wypiła kawy.....
Hmm, jak to połączyć.....
Obecnie siedzę w Green Coffe, mam zakroplone oczy tropicamidem i właściwie nie widzę , co piszę, bo wszystko mi się rozmazuje, a bazgrzę to na przeterminowanym skierowaniu.....
Nie wiem, czy to rozczytam , zaraz idę na wizytę , na badanie oczu.
Hehe , zabawne, czuję się jak na haju, mocna kawa (americana, ale według mnie za mocna jak na ten rodzaj), drożdżówka z cynamonem (zamówiłam ją, bo wydawało mi się , że jest kakaem posypana, nie cynamonem, za którym nie przepadam;), na kolanie książka z półki, na niej kartka na której kreślę te słowa, a ludzie dziwnie się na mnie patrzą, pewnie także dlatego , że moje oczy po tych kroplach wyglądają jak oczy szopa ;B
Mogłabym tak całe życie spędzić - w przytulnych kawiarniach, z kawą i długopisem..... (oczywiście, nie na wpół ślepa ;)>
próbka mojego pisma
śliczności..... ;)
Jak widać, wszystko dało się rozczytać, choć pewnie nie każdy dał by radę, wizyta była przezabawna, bo zawieźli mnie tam Moi Chłopcy, a sami do Mężula pracy poleźli.
Ja udałam się na zakroplenie oczu i pobranie krwi, z czego okazało się , że na skierowaniu od Boczyny , co sylabizuje i upewnia się po dziesięć razy, nie ma jej pieczątki, więc musiałam znów do niej latać, na szczęście była w gabinecie. Oczywiście mnie przepraszała, ale za to teraz rozumiem czemu tyle razy się upewnia, jak coś robi, a z drugiej - > TO i tak NIE SKUTKUJE!!!!! ;)
Po zakropleniu 3 razy oczu, kazano mi czekać pod gabinetem z pół godziny, aż krople zaczną działać, ale ja oczywiście zjechałam windą do kawiarni, bo głodna byłam (na czczo przecież) i po co 30 min. marnować?!
Tu nastąpiło to co w notce wyżej ;) z czego dodam, że leciała przyjemna świąteczna muzyka, ludzi nie za dużo, wygodne fotele, szkoda tylko, że miałam tak mało czasu na celebrowanie chwili (o! o! kolejny pomysł na tytuł! dobra jestem w takim celebrowaniu.....;).
Wróciwszy w sam raz na wizytę dostałam receptę na okulary do czytania, choć doktorka kazała mi jeszcze raz sprawdzić i się upewnić przy normalnych oczach.... To co mi badała na poprzedniej wizycie?! Ogólne wrażenie?!
Ech, żebym to miała pod domem, to czemu nie, co dzień bym latała.....
No nic, zadzwoniłam do Chłopaków, że już do Nich idę i szybko przebiegłam w ten deszcz, po drodze fotografując wystawę sukien ślubnych i nie tylko, bo była śliczna , nic że trochę mi komórka zamokła.....
Dotarłam do budynku pracy Męża, dumnie wkroczyłam do hallu w moich zamszowych kozaczkach na koturnach, widziałam już za biurem portierni Chłopaków czekających na mnie.
Nagle zachwiały mi się jakoś nogi na tej cholernie śliskiej posadzce, mokrej od wody z mych butów, a że miałam zaburzoną orientację, przez te oczy, to runęłam jak długa tuż przed bramkami wejścia do wind.....
Recepcjonista rzucił się mnie ratować ukrywając rozbawienie, a Moje Chłopaki stały jak wryte - była Mama i nagle znikła pod blatem.....
Pozbierałam się jakoś, Oni też się do mnie ruszyli pytając, czy nic mi się nie stało, ja głośno zaczęłam , że przecież nic nie widzę i to dlatego, a Mężul podłapał i zaczął tłumaczyć portierowi, że to dlatego, że byłam u okulisty itp. itd. (żeby nie było , że taka fajtłapa ze mnie....., a śliskie posadzki to niewinne?!?)
Szybko umknęłam do wind, cała spalająca się ze wstydu, obecnie siniak na kolanie ma kolor dojrzałego jabłka. Dzieciaki jednakże uważały, że to było przekomiczne.....
Po kolejnej kawie (nie przyznałam się, rzecz jasna, że już piłam ;), bieganiu za uciekającymi Małymi i podziwianiu widoków z 22 pietra zebraliśmy się do domu.
Chłopaki - samoloty
Wieczorem radośnie zabrałam się za sprawdzanie wyników badań, obszukałam torebkę i kieszenie za karteczką z numerem do sprawdzenia online, a że nigdzie jej nie było, zaczęło mi coś świtać, że po wizycie poszłam do łazienki i coś mi strzeliło do głowy, że na pół ślepa zaczęłam wyciągać jakieś stare ulotki i bilety z bocznej kieszonki i wyrzucać je tam do kosza.....
I jaka zadowolona byłam, że wreszcie robię porządek w torebce (ulotka o pielęgnacji bobasów - czyli prawie 2 lata w mej torebce, bo ją z porodówki brałam, jak z Oskiem leżałam.....).Przy tym zadowoleniu odczuwałam też pewną absurdalność sytuacji - dlaczego robię to teraz i tu?!
Właśnie wtedy musiałam wyrzucić karteczkę z numerkiem, bo też ją wpakowałam do bocznej kieszonki..... Jakaś tam ta moja intuicja była co mi mówiła 'nie wyrzucaj', szkoda tylko , że stała i patrzyła bez słowa jak kwitek leciał do kosza.....
Wygląda na to, że szykuje się kolejna podróż po wyniki, bo inaczej ich nie poznam.....


charakterystyczne pismo... ;)
OdpowiedzUsuńNie do podrobienia :D
Usuń