środa, 15 marca 2017

I ODŚWIEŻYĆ I NAWODNIĆ.....

Przez kilka ostatnich dni przebywała u mnie Moja Siostrzana dusza - Maja :)
Niespodziewane odwiedziny , po wielu latach od studiów na tak długo, przypomniały nam jak fajnie się razem mieszkało w akademiku, ile zawsze miałyśmy do obgadania, jak dobrze się rozumiałyśmy.....
Ona wzięła urlop od miliona zajęć, którymi zwykle jest obarczana i przyjechała do mnie na taki reset,
wiedząc , że ja nie jestem może zbyt mobilna z wesołym Dwulatkiem, ale czasem dysponuję.....
Właściwie większość tego czasu przegadałyśmy o życiu, wspomnieniach, facetach, dzieciach, marzeniach i pragnieniach, często trwało to do 3-ciej nad ranem, w różnej kondycji psychicznej i fizycznej, a często i procentowej .....;D
Aż Małżu nie miał gdzie się rozwalać z kompem i przerzucił się na łazienkę (którą musiał zwalniać, w razie potrzeby ;)
Towarzyszyła mi również w zaplanowanych wizytach lekarskich,
pojechałyśmy razem do Centrum Handlowego do laryngologa - ona prowadziła nasze auto, więc nie musiałyśmy się użerać z komunikacją, przypilnowała mi Osa i towarzyszyła przy kawie, którą zamówiłyśmy później łącznie z dwoma rogalikami francuskimi, które w rezultacie zjadłam ja sama, bo Ona nie chciała, a Os tylko nadgryzł swój i dalej psuł mi wszystko na telefonie (inaczej by nie usiedział!).
Byłyśmy też na zakupach, bo Maja chciała odświeżyć garderobę, więc Ona się przebierała w przebieralni, a ja latałam po sklepie z Osem na smyczy ( a tak, tej dziecięcej), która wzbudzała niezłą sensację, donosząc Mai ubrania.....
Nawiasem mówiąc taka smycz naprawdę chroni przed zgubieniem dziecka, bo On mknie tak szybko między wieszakami, że zaraz znika z oczu, a mały więc wcale Go nie widać!
Starsze panie patrzą z oburzeniem, młodsze mamy ze zrozumieniem, w każdym razie każdy się gapi.
Ochroniarz stwierdził, że świetny patent, bo nic nie zepsuje, a jakaś dziewczyna orzekła, że też musi sobie coś takiego sprawić.....
Nic dziwnego , że rzucaliśmy się w oczy.
Z naręczem spodni i bluzek w jednej ręce i smyczą z dzieckiem w drugiej wyglądałam na dość pokręcone induwidum, zwłaszcza, że biegałam to ciągnięta przez Osa na smyczy, to ja Go ciągnęłam do przebieralni, bo chciałam to załatwić szybko - wiadomo , zakupy z Dzieckiem nie mogą się zanadto przedłużyć.....
W końcu wybrałyśmy 2 pary spodni (kremowoplatynowe i czarne skórzane! 8D extra!), koszulkę kremową, bluzkę dżinsową, tunikę granatową, a do tego doniosłam jej okrągłe kolczyki w kolorze spodni i buty, również w tym ostatnio popularnym piaskowobladym czy może platynoworóżowym.....
Oś porwał także szarobiałego mięciutkiego lewka, latał z nim , przytulał i mówił doń :
 'Cici, Cici, Cici',
więc go też Mu kupiła.....

                           

                                                       Smycz na Dziecku z przodu i z tyłu,
                                                       oraz wspomniany 'Cici'
                                                                   od Cioci

Laryngolog za to wypisała mi skierowanie do szpitala na zabieg oczyszczania zatok, więc chyba się wstrzymam. Może mi się na wiosnę polepszy.....
W drodze powrotnej źle skręciłyśmy (taki ze mnie nawigator) i musiałyśmy wracać z 5 km, bo prawie wyjechałyśmy z miasta.....
Następna wizyta to były testy przeciwalergiczne  na alergeny wziewne Wii, te wyczekane i przekładane, a że daleko, to jechałyśmy już komunikacją, deszcz popadywał, biegłyśmy z Dziećmi na pociąg z parkingu, kupowały bilety w automacie tuż przed przyjazdem kolejki (dowiedziałam się, że automat przyjmuje tylko 10 i 20 zł papierowe, 50 zł to dla niego już za wiele.....;), zabawiały Małych w pociągu zapchanym ludźmi ("Ciocia,Ciocia" - wołał Osek - nie widać Cioci, Osiu -Jestem , jestem -głos znad tłumu -  mam Wii i Jego czapkę, spokojnie! ;); pomogła mi znieść wózek na peronie, bo oczywiście zjazdu nie było, czekałyśmy następnie na autobus, bo to przez całe miasto trzeba przejechać i gdy wreszcie dotarłyśmy Maja stwierdziła, że te podróże komunikacją to nie dla niej ;)
Ciągły bieg , taszczenie, szarpanie. Wychodząc z pociągu narobiłam sobie wielkiego siniaka na piszczeli prawej nogi, uderzywszy się wózkiem.....
Dobrze, że Maja była z Nami, bo przypilnowała Żuka, bowiem ja ze 20 min znów załatwiałam formalności, bo baby w recepcji po raz kolejny miały problem z płatnościami, po czym jak weszliśmy z Wii na testy, to się okazało, że lekarka wychodzi i 15 minut czekaliśmy na następną.....
Potem 20 minut testów, Os rozniósł już połowę przychodni ;) choć fakt, że Maja nieźle Go zagadywała, bo nie wrzeszczał.
Borsukowi wyszło kilka bąbli, więc niestety trzeba będzie skrupulatniej sprzątać w domu, bo kurz i grzyby się uwidoczniły. Także trawy, zboża i brzoza, więc katary i kichania wreszcie zaczynają się wyjaśniać.
Po testach poszłyśmy do McDonalda, bo Maja koniecznie chciała nam coś kupić, najedliśmy się wrapami i kurczakami (tylko Ona nic nie jadła, bo niby pani jej zapomniała dać zamawianego drugiego,a potem stwierdziła, że 5 frytek to aż nadto dla niej, więcej nie przełknie....)
Dzieciaki dostały jakieś dziwne maski, w których biegały potem po całym korytarzu, bawiąc lub denerwując innych ludzi.....

                                                                           

Zamaskowany Żuk

Na koniec musiałyśmy zaliczyć łazienkę.
Maja z Osem czekali na nas przed wejściem , a ja wzięłam Wii , co chciał sikać , patrzę gdzie znaczek damskiej i włazimy.
Ciągnę Małego , wchodzimy do części z kiblami, słyszę męskie głosy (jakiś chłop w damskiej?), zerknęłam na ścianę, o! pisuary....., i cap za drzwi kibelka, bo chyba wolne, skoro nie czerwone przy zamku,
otwieram , a tam chłop sika.....
Zatkało mnie, zamknęłam drzwi wykrztusiwszy 'przepraszam' , Wii patrzy na mnie nic nie rozumiejąc, rozglądnęłam się bardziej świadomie i wypadłam stamtąd cała speszona, ciągnąc Borsuka za sobą. Wpadam na Maje pod drzwiami, a ta z anielskim spokojem mówi mi, że właśnie się dziwiła, czego poszłam do męskiego.....
Ech , sama nie wiem.....
Nawet pisuary mi nic nie powiedziały.....
W sumie uśmiałyśmy się z tego.....

Następnego dnia rano Maja zaczęła narzekać, że nasza woda  jest jakaś niedobra i chyba  filtr nam się wyczerpał. Stwierdziłam, że przesadza trochę, może faktycznie jakaś taka bardziej wyjałowiona, ale zmiana filtra dopiero za 2 tygodnie.
Zrobiłam Jej zieloną smakową herbatę, by Ją zachęcić do zdrowego napitku, sobie też nalałam , wypiłam pół kubka i zaczęłam się zastanawiać, czy faktycznie coś się w tym filtrze nie zepsuło, bo jakaś mdła ta herbata.....
Maja tylko spróbowała i wylała, zaklinając się, że już nigdy zielonej herbaty nie wypije.....
Potem narzekała na kawę, że znów dziwnie smakuje, ale kawa musi być gorzka ( i czasem mdła), więc wypiłyśmy z wedlowskim torcikiem od Małża, który też na Dzień Kobiet dostałam i marudziłam, więc powiedział, że go podaruje komuś w pracy jak go nie chcę, więc go zżerałyśmy, bo jeszcze czego! Ciekawe komu by dał torcik wedlowski z napisem "Kocham Cię" ?!?
Jak wrócił z pracy powiedziałam Mu , że musimy zmienić filtr, bo się zepsuł, bo woda z niego niedobra, po czym spróbował i mówi, że nic nie czuje.
Spróbowałyśmy i my i faktycznie całkiem dobra woda!
Już nie mdła!
Małż stwierdził, że przesadzamy, nie wlewa tam innej wody niż z kranu, wczoraj co prawda wlał wodę, którą miałam na ryż nastawić (a On się rozmyślił i orzekł, że nie będzie jadł ryżu) , więc została w rondlu,ale też była prosto z kranu.....
No tak, prosto. Tyle że ja ją już zdążyłam posolić na to gotowanie.....
.....
Wyszło więc na to , że karmiłam Maję osoloną przefiltrowaną wodą, zamiast polubić - znienawidziła zieloną herbatę i ledwie wmusiła posoloną kawę.....

Hehe chciałam Ją nawodnić, po tygodniu 'odwadniania' ;B

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz