Obudziło mnie skradanie się Rodziców..... Skoczyłam jak dziki żbik przez Mężula smacznie śpiącego, tudzież nagle przygniecionego,do pistolecika z wodą,który miałam przygotowany obok kanapy i gdy Oni wkroczyli z psikawkami dzielnie stawiłam im czoła,więc się wycofali, polali Wii i poszli.....
Oblałam zszokowanego i zbulwersowanego Mężula i poleciałam lać Borsuka,który zaczął wrzeszczeć,że nie ma broni,więc zaopatrzyłam Go w drugi pistolecik i polecieliśmy wziąć odwet na Rodzicach,oboje już w połowie mokrzy....
Napadliśmy ich ślizgając się po zalanej podłodze i szturmem udało nam się odebrać im największą psikawkę!
Pobiegliśmy więc wtedy na dół do Wuja i napadli Go w pieleszach oczywiście,po czym wyskoczył spod kołdry jak ranny łoś i rzuciwszy się na Wii odebrał Mu najlepszą polewaczkę i nas zaatakował,więc zarządziliśmy odwrót, bo woda Nam się pokończyła.....
Na górze napełniliśmy bronie, znów oblali wylegującego się Tatula,który zaczął pokrzykiwać że ze ściany już się na Niego leje i wziąwszy ze sobą Osa,który wstał i się zaciekawił zabawą,wręczyliśmy Mu małe jajeczko i do Wuja odebrać Mu broń!
Osek szedł z tyłu i dzielnie polewał jajeczkiem, szkoda tylko ,że siebie po głowie, bo trzymając je prosto puszczał strumień w górę.....
Po kolejnym ataku ,ślizgając się w jeziorze korytarzowym odebraliśmy Wujowi broń i wszyscy dorośli zaczęli już narzekać (ups, też jestem dorosła:0) byśmy przestali,bo kapie z nas ,a podłoga płynie rzeką uchodząc wodospadem na schody.....
Dorwaliśmy mopo-ciapy i dalej zawody w ślizgu na posadzce z efektownym lądowaniem w kałuży.....
Ale był ubaw,Małżul krzyczał , My uciekaliśmy i taplali się w wodzie i tak cali mokrzy......
Co się tak gardłować, w końcu to śmingus-dyngus, a po wyschnięciu podłogi będą lśnić..... ;)
Tego cudnego, choć zimnego dnia oblaliśmy jeszcze kota Babci, co się teraz z tydzień pewnie nie pokaże, oraz Ciotki i Wujki, które do nas przyjechały i zabrałam się z Nimi do Królestwa Kotów,
gdzie na wstępie przywitały mnie w ciszy trzy czworonogi, jeden puchaty czarny skrzyżowany z jakimś norweskim długowłosym siedział na drewnianej kolumnie u szczytu schodów i wpatrywał się we mnie niebieskawymi ślepiami,drugi przyczaił się w połowie schodów ,szary przygarnięty dachowiec,oglądał mnie z groźnym wyrazem zielonkawych oczu,a u podnóża wyłaniała się zza barierki czarna gładka głowa błyskając ,można by rzec,równie czarnym spojrzeniem.....
Przywitałam się z nimi grzecznie,wszak to ich królestwo, członkowie rodziny.....
W sumie po moich paru gwałtowniejszych ruchach jeden czmychną pod drzwi,drugi na strych,tylko Puchata dama zeszła spokojnie w okolice miski ignorując mnie zupełnie i dając do zrozumienia,że ani ją ziębię,ani grzeję.....
Cioteczka ,mimo mych protestów,że przejedzona,że jutro badania, uczęstowała mnie kanapką z chudą szynką i pomidorem,po czym przepysznym serniczkiem,po czym kanapką z kiełbasą szynkową,po czym kolejnym plastrem tej kiełbasy,bo rewelacyjna,po czym wyciągnęła jeszcze nie otwierany tort truskawkowy,rozpakowała i ukroiła mi pokaźny kawał tegoż rozpływającego się w ustach specjału,przystrojonego malinami i jagodami.....
Szłam na znajome poddasze tak objedzona,że nie łudziłam się,że wyniki będą wysokie.....
Zasnęłam mocnym snem na wygodnym łóżku w błogiej ciszy przerywanej czasem tylko cichym szelestem kocich kroków .....
A rano - co już wiadome, w ten lodowaty poranek ,zawieźli mnie do szpitala.....
Ośnieżone dachy o poranku.
Widok z naszej małej salki szpitalnej.

Nie ma to jak tradycyjny Lany Poniedziałek-tyle radości!!!
OdpowiedzUsuńFajne tradycje warto kultywowac.....;)
Usuń