W piątek 30go,o godz.11 miałam wyznaczoną miesiąc temu wizytę u mnie w przychodni,by przedłużyć zwolnienie ,przejrzeć dokumentację,ogólnie przebadać. A tu w środę 27-go odbieram telefon,że w piątek 30go o11tj mam się zgłosić do orzecznika,do ZUSu i nie mogę przełożyć,mogę nie przyjść,a co dalej to ich nie obchodzi.....ZUS rządzi! Ledwo zdążyłam ubłagać recepcjonistkę u nas w przychodni ,by mi rano pozwoliła przyjść przed 8-mą, a tu telefon dzwoni! :
- W piątek 30go o11tj mam wyznaczoną konsultację gastrologiczną i nie da się przełożyć bo to profesory wielkie i weź tu się człowieku roztrój!!!!;
Wszyscy uwzięli się na tą jedną datę zwłaszcza,że Małż zaplanował sobie wtedy rano w pracy specjalne zamówienia. Oczywiście musiał odwołać ,by zostać z Oskiem.
W związku z gastrologią ustaliłam z Ciotka ze pojadę z nią między 9 a 11 zobaczymy co się da zrobić.....
W piątek z rana wyleciałam jak strzała do mej przychodni,prężna i gotowa czekałam sama już od7:40pod gabinetem. w tym czasie przyszła zasapana babusza na8:15 i zaczęła biadolić,że nie jest pierwsza.Sorry babulko,ale mam napięty grafik! Doktorka przyszła 7:55 i już się na nią rzuciliśmy,wysłuchawszy zgodziła się mnie przyjąć , bo nikogo na 8 nie było. Odhaczone. Podczas wizyty,koło 8:08,wpadł zmachany chłop,że to jego wizyta,ale pani dr grzecznie go wyprosiła skoro się spóźnił,to teraz niech czeka.....
Co za fuks!
Jak wyszłam,a chłop się wpakował za mną,babula biadoliła jak najęta,wiec 'grzecznie' rzekłam,że pewnie się spieszy.
Na to babula umilkła, zerknęła na mnie spod oka i odparła: "A gdzie ja tam się mam spieszyć....." Ech. Tak myślałam.....
Na pociąg zdążyłam i odebrałam Ciotkę z dworca. Ta złapała taxi i pojechałyśmy na konsultację. Po drodze stwierdziła,że kupimy kwiatki,wręczyła mi swój laptop, a potem dwa giga słoneczniki z liśćmi jesiennymi ku ozdobie i tak obładowana jak giermek przyboczny ruszyłam za Ciotką do pani profesor.....
Rany,gabinet ma wielki jak pół mego mieszkania,garsonka granatowa ,elegancka biżuteria,fryzura,makijaż,standardy amerykańskie!
Debatowały nade mną,jak na zlocie czarownic,ja ani me ani be,owieczka na rzeź, co już z 4 zrobiło mi się 8 litrów płynów wydalanych (istna konfabulacja),no i ustaliły mnie na poniedziałek do tego szpitala, na nowe badania..... Super. Małż omdleje ,znów będzie przekładał te pilne zamówienia z poniedziałku.
Po tych ustaleniach wysłały mnie pędzikiem do orzecznika. Nie było źle,aż wylądowałam już prawie na miejscu, wi-fi mi nie działało i 3 osób o drogę pytać musiałam, prawie stojąc pod opasłym budynkiem Zakładu Ubędzie /Skapnie (ZUS;)
Oczywiście nie było co się śpieszyć,bo i tak czekałam pół godziny.....
Lekarz zaskakująco miły, zszokował się ilością dokumentacji medycznej,jaką już wyprodukowałam i już dużo mnie nie pytał.
Wszystko pozytywnie się zakończyło i mogłam spokojnie wrócić do domu do dzieci.
A figa!
Polazłam na kawę i muszę powiedzieć,że trafiła mi się przepyszna kawa, robiona przez brodatego baristę w jakiejś małej kawiarence "Małpi gaj" przy stacji pociągów.
Albo to była naprawdę najlepsza kawa (a dużo ich pijam ,wiadomo) albo tak byłam rozemocjonowana i zestresowana tymi załatwianiami,że wszystko w tym słoneczku i spokoju oczekiwania na pociąg smakowało by mi jak niebo w gębie.....
.
Łoj, sama sie zmęczyłam, czytajac te Twoje perypetie... Co za dzień.
OdpowiedzUsuńNo, można sie zmęczyc tyle na raz przeczytawszy.....;)
OdpowiedzUsuń