piątek, 9 grudnia 2016

W ŚWIATEŁKACH NADZIEJA

Gdy tak sobie siedzę w domu czasem nieoczekiwane wypadki umilają mi życie :D
Bo na przykład zeszłego czwartku wieczorem Bella napisała , że jedzie w nasze okolice, a ja się do Centrum do lekarza wybierałam i jakoś tak się złożyło, że chory Małż został w domu z potomstwem, dzięki temu  ja mogłam na kawę i lekarza.
Szkoda tylko, że tego dnia nastąpił pierwszy z ataków zimy, zasypało wszystko dokumentnie i pociąg spóźnił mi się pół godziny bez żadnego tłumaczenia..... :/
Bell czekała więc na mnie w kawiarni około 40 minut, wypiła i zjadła i jak wreszcie nadbiegłam cała zaśnieżona wprost z metra, to wrócił Jej Mężul trochę naburmuszony i wystrojony w Wólczanki (już myślałam, że sobie pójdą , a ja zostanę jak niepyszna sama z tą kawą i sernikiem z truskawkami , który zamówiłam :P) na szczęście stwierdził, że jeszcze milion rzeczy sobie pojedzie pozałatwia, bo niestety jego pantofelki nie nadają się na chodzenie po tym śniegu, a my możemy pogadać.
Więc posiedziałyśmy tam na wypicie tej mej kawy i na propozycję Belli przeniosły się obok gdzie zamówiła nam pizzę wegetariańską, taką z rukolą i serem feta i herbatki, bo pora obiadu się zbliżała i pora coś zjeść, ale obie nie bardzo byłyśmy głodne, a poza tym zza szyby zerkała na nas dość pulchna, a wręcz napakowana kuchara, która do tego miała mnóstwo tatuażów i kolczyków i wciąż coś tam nożem waliła..... Mimo tego całkiem miło się gawędziło,klimat już się wszędzie robi świąteczny, oświetlone choinki pchają się na każdego, że ciasno siedzieć.....Jak masz gałąź w oku to wiesz, że Święta idą!!!!!
To był taki przerywnik wyrwany z codzienności, Bella tu, ja z Nią w Centrum , w powszedni dzień :D niecodzienna sytuacja.
Niestety zbliżał się czas wizyty, więc pożegnawszy się z Nią pobiegłam na metro, bo zostało mi niecałe 25 minut. W połowie drogi zawróciłam, bo doszłam do wniosku, że tramwajem będzie szybciej i bezpośrednio, przez co zachlapałam sobie całe moje bordowe jegginsy.....
Spóźniłam się i tak 5 minut, ale że to prywatna placówka i tak mnie przyjęła dr Boczyna od razu.
Cóż to za nadgorliwa (może i dobrze) i zabawna doktorka ;)
Już byłam u niej parę razy, więc wysłuchała nowości, zapisała badania, osłuchała i koniecznie kazała przyjść znów jutro, a na razie syrop prawoślazowy i isla do ssania 3 razy dziennie, bo się nad antybiotykiem zastanowi do jutra.....
3 razy powoli podkreślając każdą sylabę przeczytałą mi te 'surowe' zalecenia (3 ra-zy dzie-nnie je-dna ły-żka syropu prawo-ślazo-wego, 3 ra-zy dzie-nnie isla do ssa-nia.....) jakbym się mogła pomylić i przedawkować, takie to leki 'mocne'..... ;)
Po czym wysłała mnie do okulistki, bo wspominałam, że mi oczy zaropiały.....
Okulistka dość znudzona stwierdziła u mnie pewien astygmatyzm i małą wadę, która jest ukryta i wychodzi przy zmęczeniu (to chyba notorycznie jestem zmęczona, bo ostatnio ciągle źle widzę ;/
i wysłała na badanie do okularów. Ropiejące oko mam sobie kroplić jak już zaczęłam kropelkami przeciwzapalnymi.....
Oczywiście Boczyna jeszcze raz mnie obejrzała, czy dobrze obejrzano mi oko i czy na pewno wiem ile razy mam przyjmować syrop prawoślazowy (kobieto, ja mam zatoki zawalone, nie czuję, nie smakuję, uszy mnie bolą, na oczy nie widzę, a Ty się do jutra będziesz zastanawiać nad antybiotykiem ?!!!!!)
Wróciwszy do domu zabrałam się za smażenie placków ziemniaczanych i zaraz nadjechali moi Rodzice, którzy robią co roku za Mikołajów, a ze względu na moje infekcje zamiast z Nimi siedzieć znów pojechałam w sobotę do Boczyny.....
Tylko przyszłam, ta wysłała mnie do laryngologa. Pod drzwiami siedziała kaszląca dziewczyna i siąkający nosem chłopak, więc siadłam na jedynym wolnym miejscu, między nimi. Gdy dziewczyna weszła do gabinetu, chłopak - wysoki i całkiem przystojny - zapytał mnie nagle czy mam chusteczkę. Rzuciłam się więc do mej wielkiej brązowej torby mówiąc, że mam, ale po chwili przewalania śmieci w jej otchłaniach musiałam z żalem zaprzeczyć posiadaniu paczki, ale poradziłam mu rezolutnie, niech weźmie papier z łazienki. Podziękował za dobry pomysł i poszedł. Jaki miły, grzeczny, kulturalny..... ;)
Patrzę co on robi, a ten wychodzi z kibla z płachta papieru wielkości prześcieradła, siada obok mnie i zaczyna trąbić w ten papier na cały korytarz!!!!! Jakby nie mógł tego zrobić w łazience?!?
Łepek jaki źle wychowany - do tego kiedy tylko dr wyszła pytać kto następny oświadczył, że pewnie , że on (a oboje byliśmy dodatkowo) i jeszcze się naczekałam zanim wylazł!!!!! No jak mi oczy zamydlił, no! Gdy wreszcie weszłam ,obrzucając wychodzącego gbura pogardliwym spojrzeniem , laryngolog zajrzał mi do gardła i jęknął, do nosa i jęknął, do ucha i oczami przewrócił, po czym przepisał  antybiotyk..... ;>
Boczyna w takim razie zgodziła się na tą diagnozę, po czym zaczęła szukać swego telefonu panicznie pytając, czy go nie widziałam.....
Dyskretnie skinęłam, że leży przed jej nosem.....
Dziesięć razy mnie pytała (sylabizując) czy nie jestem w ciąży i czy ostatnie wyniki wątroby były dobre i w końcu puściła do domu z zastrzeżeniem, że mam przyjść w poniedziałek, przez co trzeci raz tam jechałam już nie wiem po co, tyle że znów mi przepisała kolejne miliony badań i za tydzień do kontroli kazała się zgłosić. Ależ jestem słabowita, co dzień na przegląd jak staruszka jakaś.....

Na szczęście antybiotyk pomógł i już w weekend mogliśmy z Rodzicami i Ciotką na przyczepkę, co zwęszyła atrakcję ( w postaci mej Mamy, która lubi sobie zawsze jakąś koleżaneczkę znaleźć) zawieźć Dzieciaki na te Ogrody Wyobraźni podświetlane.
Niestety było bardzo zimno, ja się zachwycałam, Osio latał dookoła podświetlanej fontanny jak szalony, ale Ciotka chyba marzła, bo miała cienkie rajstopki,a Wii wszystko obejrzał, znudził się i chciał wracać.

                                                                       

My w karecie, szkoda tylko że koni nie ujęło.....





Pogapiłam się mimo to w grę świateł, przez moje zachwyty Osio utytłał się cały w błocie, latając dookoła wielkich kwiatów, biedronek i motyli, co się okazało w domu, bo po ciemku nic takiego nie zauważyłam.

                                                                       





Oczywiście zmarznięte towarzystwo chciało na kawę ogrzać się, a Wii sikać, więc poszliśmy do małej Zielonej Budki, bo restauracja bliżej była zarezerwowana cała. W tej budce się okazało, że łazienki nie ma, więc Mężul zabrał Borsuka na sikanie na mrozie, a Mój Tata na cały głos oświadczył: 'Co to za marna knajpa , że łazienki nie ma!'
Ja ze skulonymi uszami kupowałam im kawę , rurki z kremem i gofry, kasjer patrzył na nas zabójczym wzrokiem, ale nie skomentował. Nawet jak napluł Tacie do herbaty,to był wrzątek, więc się odkaziło.....

We wczorajszy Mikołajowy dzień również przyszedł do nas Mikołaj.
Otwierałam Mu przez okno z domu auto, bo tam miał przebranie, a drugie kluczyki już dawno nasz młodszy Syn schował w mysią dziurę i za nic nie możemy ich odnaleźć. Patrzyłam więc jak w ciemności wyłania się z naszego samochodu wielki czerwony tyłek ;)
Długo się grzebał z tą wacianą brodą i ponoć pasek zgubił, więc musiał się sznurówką obwiązać, ale i tak jak wszedł z zakatarzonym głosem , to Wii był zachwycony.
Ja pękałam ze śmiechu, bo wdział jeszcze jakieś grube okulary, by się lepiej zamaskować.
Mały Osi się rozbeczał..... - co to za napakowany wielki krasnal, chce Mu pewnie odebrać zżeranego piernika.....

                                                                             

Oto nasz młodociany Mikołaj..... hehehe

Prezenty wręczył, mnie ucałował (dziwił się Syn  mój starszy czemu się z Mikołajem całuję ;),
po czym poszedł do sąsiadów (kiedy to zastukał i pytał o grzeczne dzieci, to już leżałam na ziemi ze śmiechu ;D) Dodam, że się nie spodziewali, bo postanowiliśmy im zanieść prezenty, jako że oni tydzień temu przynieśli naszym cały wór po ich starszym, którymi się nie bawi.
Nawet nam się udał ten Mikołaj łącznie z listem , który zostawił rano na łóżku Borsuka, że będzie później (teraz ten list wisi na ścianie obok ;)
Co prawda Wii do tej pory spekuluje, że głos miał do Taty podobny i musiał Go gdzieś spotkać, bo takie słodycze i klocki, to Mama kupowała, ale pozostawiliśmy Go w tej sferze domysłów.....
Oczywiście od Mikołaja cały nasz balkon i okna są pełne kolorowych lampek, nic to, że pada , a po śniegu pozostało wspomnienie. Całe osiedle - puuustka - a nasze okna -  dyskoteka ;B (same się włączają od 15tj ;) A co, chcę celebrować przygotowania jak najdłużej, w końcu to najprzyjemniejsze!
Poza tym wreszcie czuje się lepiej , antybiotyk był wybawieniem,bo trzeciego tygodnia bym już z tym nosem zakorkowanym i głową bolącą nie zdzierżyła. Wyniki trzustki też mam lepsze, może wszystkie moje choroby skończą się wraz z Nowym Rokiem.....
Na to liczę, może wreszcie przestanę tyle siedzieć w domu.....

5 komentarzy:

  1. Hohoho ale atrakcji, nadzieja w Nowym Roku

    OdpowiedzUsuń
  2. No rzeczywiście, wesoło tam u Was, chociaż temu Mikołaju przydałby się bebech większy ;)
    I że ludzie się nic nie krępują? Mi jest zawsze głupio jak muszę smarkać przy kimś...

    OdpowiedzUsuń
  3. A jeszcze jak papier lata jak choragiew na wietrze..... ;)

    OdpowiedzUsuń