środa, 14 czerwca 2017

ACH, TE CHŁOPY.....

Nadeszły obiecywane imprezy Małża, więc Dzieciorki mnie przydżumiły.....
Sama z Nimi postanowiłam jakoś ten czas wykorzystać w sposób zabaw i atrakcji, by czas zleciał i ja bym się trochę rozerwała :D
Wyciągnęłam Mon Ami do Posiaduffki i tam rozsiedliśmy się na podwórzu w wygodnych fotelach, ja z kawą i zielonym ciachem, Amik z tartą bolońską i lemoniadą, a Dzieci pobiegły na plac zabaw - Młodszy w środek piaskownicy, a Starszy w kąt ogrodu.....
Też im wzięłam lemoniady, a potem łowiłam lód w nich pływający, by sobie gardeł nie pomrozili.....
Zebraliśmy się dopiero jak chmura naszła.....

                                                                       

Nasze lemoniadki ;P

Nocna eskapada Małża skończyła się bladym świtem, kiedy to o 3:15 wyrwał mnie z błogiego snu wibrujący telefon, odebrałam wyskakując z łóżka przerażona , z bijącym sercem,co się stało!
A ten mi mówi, że klucza zapomniał i żebym Mu otworzyła.....
Ech.....

Następnego dnia wieczorem, podczas kolejnej imprezy (pożegnania kolegi ), gdy Mu o 12-tj w nocy napisałam, by pamiętał, że rano mamy być na wykładach dla Dzieciaków , to odpisał, że jak Go nie będzie głowa bolała, to pojedziemy, bo siedzi teraz z kumplem w Czerwonej Linii.....
"Nie znam tej knajpy" - pomyślałam , a niech siedzą, pewnie wróci jak wczoraj, choć twierdził, że za kilkadziesiąt minut.....
Obudziłam się znów jakoś po 3- ciej (a raczej Os obudził mnie), a że Małzęgi jeszcze nie było, to napisałam kiedy zamierza się objawić i czy ma klucz.....
Na szczęście był już blisko i po 15-tu minutach ujrzałam z daleka jak idzie w jakiejś czapce z plecakiem, więc padłam spać..... Co prawda przemknęło mi przez myśl, że po co Mu ta czapka w czerwcu, ale rozbudzona uznałam to za nic dziwnego, może wieje.....
Wstaję rano, wchodzę do pokoju obok, gdzie Małż padł po przyjściu, a ten stoi w bandażu na głowie i się szczerzy!
-Co Ty masz na głowie?!? - pytam jeszcze rozespana, a ten, że o tak sobie nałożył.....
'Głupie żarty' - zamruczałam i poszłam do łazienki, gdzie zaczęło mi coś nie pasować.
Wracam, oglądam tę głowę uważnie, a tam na potylicy opatrunek cały zakrwawiony!Ja prawie zawał! Co wyście robili!?! Bili się , czy co?!? - głowa rozcięta, trzy szwy założone, a ta czerwona linia to chodziło o pogotowie, gdzie spędził główną część wieczoru.....
Ponoć kamerował imprezę i sztuczne ognie i przysiadł na płotku, a że ten był niestabilny, to przefiknął się do tyłu i uderzył o podstawę tego płotka.....
Krew mu bluzkę zalała i cała kompania zatransportowała Go do szpitala, gdzie też potem zmieniali się podczas tomografii (czy nie ma wstrząsu) i zszywania.....
Tak też wrócił drugiego dnia i dobrze, że to nie do trzech razy sztuka.....

                                                                           

Oto 'wspaniała' pamiątka po imprezie.....

Na wykłady dla Dzieci i tak pojechaliśmy, choć spóźnili się nieco, a Małż chodził w czapce kaszkietówce z flagą Polski i orzełkiem (by bandaż za bardzo się w oczy nie rzucał), a udawał, że się na mecz wieczorny Polska - Rumunia szykuje ;)
Wziąwszy pod uwagę Jego powyższą przygodę, niech On się nie dziwi Naszym Dzieciom.....
Po zakończonych wykładach siedzieliśmy w przeszklonej kuchni u Małża w pracy i jedli zupę, a Dzieciaki biegały po korytarzu. Oczywiście je uciszałam i uspokajałam, co nie dawało efektu, ale w końcu chyba się zmęczyli, bo siedli przed wejściem do kuchni i coś tam się śmiali, a my ich świetnie widzieliśmy przez szyby. Nagle Wii wstał i rzucił się centralnie na jedną z szyb z całym impetem.....
Odbił się od niej, ja rzuciłam się przerażona do Niego, w pierwszej chwili był w szoku, po czym rozryczał się jak syrena, a my biegaliśmy, szukali lodu czy czegoś zimnego do przyłożenia Mu do kości policzkowej, która coraz bardziej Mu siniała i sprawdzali , czy rusza jeszcze ręką , którą przywalił.....
Całe szczęście skończyło się na siniakach i limie pod okiem, a szyba mocna , hartowana, też nie doznała uszczerbku.....
Rzecz jasna - pomylił szybę z drzwiami i myślał, że wpadnie z impetem do środka kuchni.....
Kiedy już się zbieraliśmy po wszelkich przygodach,  Dzieci grzecznie malowały sobie po ścieralnej tablicy w jednej z sal  . Zaglądałam do nich, czy coś nie broją i na koniec tylko na sekundę poszłam po coś zapytać Małża - jak wróciłam, druga ściana, która była wytapetowana w greckie kolumny i róg przy niej były wymazane zielonym mazakiem z dołu do góry.....
Tym razem to Os poczuł 'wenę' i przestał się ograniczać do ścieralnej tablicy.....
Oczywiście panika, nie schodzi wodą, nie schodzi gumką, ani gąbką od tablicy, Małżu musiał jeszcze tego dnia wieczorem jeździć po farbę i zamalowywać róg, a tapetę wywabiać odplamiaczem.....

Jak każdy widzi Moje Kochane Chłopaki zawsze dostarczą mi tematów do opisywania..... ;) ;P

                                                                           

Chłopaki przy jeszcze nie 'ozdobionej' ścianie.....

2 komentarze: