poniedziałek, 24 października 2016

MĘCZĄCE JAZDY I POJAZDY.

Ostatnio znów czuję się gorzej, a co za tym idzie, nie mam siły nawet pisać.
Szkoda mi życia na spanie, bo kto wie, ile mi go zostało, a zarazem tylko na to mam ochotę.
Oczywiście pogoda i jesienne słoty też na to mają wpływ.
Poza tym paznokcie pod hybrydą urosły mi tak, że albo stukam jak karabin o klawiaturę, albo opuszkami dotykam niechcący kilku klawiszów na raz i wciąż muszę coś poprawiać, co nie przyspiesza, a dwunasta (moja godzina zero - jak położę się później , gwarantowane niewyspanie) zbliża się nie ubłaganie.
Jestem przypadkiem wątpliwym, czego dowiedziałam się z wyników ostatnich badań.
Część się zgadza, część nie. Jak we wszystkim w moim życiu.
Wybrałam się po wyniki z Małym Oskiem.
Deszczowo, a jakże. Zawlekłam wózek do auta z Żukiem pod pachą, bo by mi uciekał w błotnistą trawę. Ledwie Go załadowałam, zaraz trzeba było wyładowywać, bo podjechałam na parking pod kolejkę. W deszczyku prychającym na nas dojechaliśmy tunelem podziemnym i wjazdem śmierdzącym sikami na przystanek PKP, gdzie owionął nas odór monstrum owiniętego w worki i inne szmaty z gołym owłosionym brzuchem i jego 10-ciu reklamówek.....
Zanim zaczadzieliśmy , pociąg nadjechał, nie wpadliśmy w półmetrową dziurę między wagon, a peron i po zastanowieniu kolejka ruszyła..... Os był spokojny, bo wszystko Go zadziwiało, ale musiałam odpiąć Mu płaszczyk, zdjąć czapkę i chustkę, bo sama całkiem zdjęłam odzienie wierzchnie (mimo deszczu w  biegu robi się duszno.....)
Wysiedliśmy na 2 przystanku, po sześciu zatrzymaniach pociągu ( pewnie dla zastanowienia.....)i zapięciu kurteczek, szalików i czapeczek.
Tylko przednie kółka wpadły mi w dziurę między pociąg i peron, więc znów fuks - jakoś się wydostaliśmy.....
Wraz z dwoma innymi wózkowymi mamami, rzuciliśmy się na windę, która..... nie działała.....
Każda sprawdziła. Po prostu wyłączona, bez informacji, rzucaj sobie wózek ze schodów i ciesz się , że to nie pod górę.....
Pierwsza była z koleżanką, to zniosły we dwie.
Ja zaczęłam tyłem, schodek po schodku zjeżdżać wózkiem, fundując Małemu obtłuczoną kość ogonową.
Trzecia Mama czekała na pomoc na górze.....
Na szczęście w połowie schodów nadeszła w postaci |Młodego Chłopaka, który uratował Oska od tych podskoków, po czym ruszył jeszcze na pomoc następnej..... Chwała Mu za to.....
Zjechałam kolejną windą do metra i ten środek lokomocji przynajmniej zjawił się szybko i nie groził utknięciem wózka w dziurze.....  Rozpięłam płaszczyki, szaliki i czapeczki (no oki, ja bez czapki).
Po 5-ciu przystankach i głupiej grze w ku-ku na cały wagon, byle tylko nie marudzić, wysiedliśmy na przystanku, kolejna winda, jeden poziom wyżej i kolejne metro. Strasznie gorąco, ale tylko dwa przystanki.  Potem 5 minut szukania windy i jedyna znaleziona wprost na chodnik prawie w centrum Stolicy.
Oczywiście zapiąć płaszczyk,szalik i czapek.
Tyle że na tramwaj trzeba przejść dwupasmówkę, a przejścia dla pieszych do tego przystanku tramwajowego nie ma, tylko podziemne. Tylko schody. Trzy kondygnacje. Tuż pod nosem jednej z głównych uczelni miasta. Tu więc osoby na wózku nie jeżdżą tramwajem.....
My wróciliśmy się do windy, zajechali pod schody i czekali na jakiegoś litościwego, co by pomógł wnieść wózek..... Trafił się, całe szczęście studentów tam mnóstwo.
W oczekiwaniu na tramwaj wyjęłam krakersy, bo Żuk tracił cierpliwość, a deszcz zacinał.....
Przepuściliśmy trzy tramwaje, czekając na niskopodłogowy (zapomniałaś?! tu wózki nie jeżdżą tramwajem!!!!!) i po połowie paczki krakersów doczekali się takiego, gdzie babki i dziadki z laskami nie muszą się wspinać jak na Tatry.....
Dobrze że się wcisnęliśmy, bo południe już przeszło w tej mojej 'drobnej' wyprawie po wyniki badania i wszyscy wylegali powoli na ulice do tramwajów. Rozpięliśmy kurteczki,czapeczki,srapeczki....;/
Gdy wagon ruszył, przygniótł nas prawie jakiś zagramaniczny osobnik, nieświadom, że tu trzeba się trzymać kurczowo przy każdym zakręcie, także część krakersów przepadła bezpowrotnie, ale na szczęście 4-ty przystanek był już pod szpitalem.
Siłą wyporu wydostaliśmy się z tramwaju, zapięli płaszczyki i dupiki ;/// |:/:?! i na wejściu w szpitalu stanęli pod schodami.....
Pan z synkiem pomogli mi wtargać wózek i powiozłam go do wind na koońcu kooooońcu korytarza po drodze rozpinając kurtki, czapki , bratki i stokrotki.....?<?<?#@w tym ukropie.....
Na windę czekaliśmy 10 minut, po czym w ścisku pojechali na 5-te piętro, gdzie jest gastrologia , jak sprawdzałam trzy razy na tablicy, bo już zapomniałam. Gdy dojechaliśmy, okazało się , że to anestezjologia, więc porzuciłam ten cholerny wózek wraz z okryciami naszymi wielkimi, wzięłam Dziecię i torebkę , i znalazłam gastrologię 2 piętra niżej.....
Tyle szczęścia co rozumu..... @_@
Za to wpadłam zaraz na Czarną Mambę vel Pindę i od razu napadłam ją o wyniki, po czym zaszłyśmy do sekretariatu, gdzie  zażyczyła sobie moje wyniki,a jak sekretarka zapytała, czy się anonsowałam, odpowiedziała, że ja twierdzę, że tak ! (nic takiego nie twierdziłam, głupia pindo z małej litery!!!!!)
No i tak się dowiedziałam, że moje wyniki są niejednoznaczne, że barwią się tylko pojedyncze komórki i trzeba mnie znów pokłóć, położyć, poszukać w mych trzewiach bardziej komórkolicznych miejsc i je pobrać, ale póki co to trzeba dostarczyć próbki z poprzedniego szpitala, bo najpierw się je zbada.....
Help.
Weszłam dwa piętra z mym Dziecięciem po wózek, ubrałam nas wiadomo w co i zabrała nas windą towarową jakaś litościwa pielęgniarka, bo Mały zaczynał zawodzić.....
Ponownie wyjazd ze szpitala, dwie babki znosiły nas ze schodów, tramwaj przyjechał w deszczu i zabrał nas w tłoku odpinających kurtki i furtki; zniesiono nas do metra (już nawet nas nie oblekałam.....)
Winda, pierwsze metro, dojadamy krakersy; winda , drugie metro , wygrzebujemy kruszki z paczki..... Wreszcie przystanek pod kolejką, poszukiwanie windy po właściwej stronie (tylko jeden niepotrzebny wyjazd na powierzchnię), zapinamy, nakładamy , czapki i schabki.
Biegiem na windę do pociągu, na peronie zapowiedź naszego pociągu na wyświetlaczu, euforia, 10 minut czekania i wyświetlacz zmienił się na inny pociąg..... ;/////
Nasz ponoć odjechał wcześniej i pod lichym dachem oczekiwaliśmy pół godziny na naszą kolejkę, dopijając resztki wody z butelki.
Na koniec przed awanturą uratował mnie zapomniany czekoladowy cukierek, bo tylko tak Osek zgodził się jeszcze w wózku wysiedzieć.....
Zmarznięci wpadliśmy tylko przednimi kółkami w dziurę między naszym pociągiem , a peronem, wiadomo trzeba wchodzić energicznie.....rozpięli kapoty i ciuchcia po pięciu postojach przejechała te dwie stacje do naszej.....
Powrotny zasikany zjazd (po zapięciu szalików i dzików) i jeszcze nie zasikany, bo dopiero zbudowany i pod kamerami wjazd i  biegusiem do auta, bo leje.....
W strugach deszczu i zapiętych płaszczowinach dojechaliśmy do domu, tylko tam i z powrotem, odebrać wyniki ,w około 3 i pół godziny.
 Pestka rzucona do beretu.....
Oboje z Malutkim po zjedzeniu zupy paprykowej padliśmy tak zmęczeni, jak Wy po przeczytaniu tego posta i spali tyle, że starszy Borsuk został przez nas odebrany z przedszkola jako ostatni, tuż przed zamknięciem przedszkola.....
Dziś już gwarantowane niewyspanie.
Nie mam siły wstać z tego krzesła, tu będę spała, brawo ja, jakby skróty myślowe były bardziej doceniane ostatnio, niż wielkie metafory.....
Nakarmiłam duszę,
teraz oddać muszę.....

3 komentarze:

  1. Łooooo matko, aż się naprawdę zmęczyłam czytając! Niestety, czasem takie cholerne dni też się zdarzają, a ZTM stołeczny świetnie to dodatkowo podkreśla...

    OdpowiedzUsuń
  2. Człowiek nie wie na co sie porywa.....

    OdpowiedzUsuń
  3. Rzeczywiście, czuję się jakbym przebiegł kilometr i teraz przez rok nie muszę już ćwiczyć ;)

    OdpowiedzUsuń