Ostatnio znów czuję się gorzej, a co za tym idzie, nie mam siły nawet pisać.
Szkoda mi życia na spanie, bo kto wie, ile mi go zostało, a zarazem tylko na to mam ochotę.
Oczywiście pogoda i jesienne słoty też na to mają wpływ.
Poza tym paznokcie pod hybrydą urosły mi tak, że albo stukam jak karabin o klawiaturę, albo opuszkami dotykam niechcący kilku klawiszów na raz i wciąż muszę coś poprawiać, co nie przyspiesza, a dwunasta (moja godzina zero - jak położę się później , gwarantowane niewyspanie) zbliża się nie ubłaganie.
Jestem przypadkiem wątpliwym, czego dowiedziałam się z wyników ostatnich badań.
Część się zgadza, część nie. Jak we wszystkim w moim życiu.
Wybrałam się po wyniki z Małym Oskiem.
Deszczowo, a jakże. Zawlekłam wózek do auta z Żukiem pod pachą, bo by mi uciekał w błotnistą trawę. Ledwie Go załadowałam, zaraz trzeba było wyładowywać, bo podjechałam na parking pod kolejkę. W deszczyku prychającym na nas dojechaliśmy tunelem podziemnym i wjazdem śmierdzącym sikami na przystanek PKP, gdzie owionął nas odór monstrum owiniętego w worki i inne szmaty z gołym owłosionym brzuchem i jego 10-ciu reklamówek.....
Zanim zaczadzieliśmy , pociąg nadjechał, nie wpadliśmy w półmetrową dziurę między wagon, a peron i po zastanowieniu kolejka ruszyła..... Os był spokojny, bo wszystko Go zadziwiało, ale musiałam odpiąć Mu płaszczyk, zdjąć czapkę i chustkę, bo sama całkiem zdjęłam odzienie wierzchnie (mimo deszczu w biegu robi się duszno.....)
Wysiedliśmy na 2 przystanku, po sześciu zatrzymaniach pociągu ( pewnie dla zastanowienia.....)i zapięciu kurteczek, szalików i czapeczek.
Tylko przednie kółka wpadły mi w dziurę między pociąg i peron, więc znów fuks - jakoś się wydostaliśmy.....
Wraz z dwoma innymi wózkowymi mamami, rzuciliśmy się na windę, która..... nie działała.....
Każda sprawdziła. Po prostu wyłączona, bez informacji, rzucaj sobie wózek ze schodów i ciesz się , że to nie pod górę.....
Pierwsza była z koleżanką, to zniosły we dwie.
Ja zaczęłam tyłem, schodek po schodku zjeżdżać wózkiem, fundując Małemu obtłuczoną kość ogonową.
Trzecia Mama czekała na pomoc na górze.....
Na szczęście w połowie schodów nadeszła w postaci |Młodego Chłopaka, który uratował Oska od tych podskoków, po czym ruszył jeszcze na pomoc następnej..... Chwała Mu za to.....
Zjechałam kolejną windą do metra i ten środek lokomocji przynajmniej zjawił się szybko i nie groził utknięciem wózka w dziurze..... Rozpięłam płaszczyki, szaliki i czapeczki (no oki, ja bez czapki).
Po 5-ciu przystankach i głupiej grze w ku-ku na cały wagon, byle tylko nie marudzić, wysiedliśmy na przystanku, kolejna winda, jeden poziom wyżej i kolejne metro. Strasznie gorąco, ale tylko dwa przystanki. Potem 5 minut szukania windy i jedyna znaleziona wprost na chodnik prawie w centrum Stolicy.
Oczywiście zapiąć płaszczyk,szalik i czapek.
Tyle że na tramwaj trzeba przejść dwupasmówkę, a przejścia dla pieszych do tego przystanku tramwajowego nie ma, tylko podziemne. Tylko schody. Trzy kondygnacje. Tuż pod nosem jednej z głównych uczelni miasta. Tu więc osoby na wózku nie jeżdżą tramwajem.....
My wróciliśmy się do windy, zajechali pod schody i czekali na jakiegoś litościwego, co by pomógł wnieść wózek..... Trafił się, całe szczęście studentów tam mnóstwo.
W oczekiwaniu na tramwaj wyjęłam krakersy, bo Żuk tracił cierpliwość, a deszcz zacinał.....
Przepuściliśmy trzy tramwaje, czekając na niskopodłogowy (zapomniałaś?! tu wózki nie jeżdżą tramwajem!!!!!) i po połowie paczki krakersów doczekali się takiego, gdzie babki i dziadki z laskami nie muszą się wspinać jak na Tatry.....
Dobrze że się wcisnęliśmy, bo południe już przeszło w tej mojej 'drobnej' wyprawie po wyniki badania i wszyscy wylegali powoli na ulice do tramwajów. Rozpięliśmy kurteczki,czapeczki,srapeczki....;/
Gdy wagon ruszył, przygniótł nas prawie jakiś zagramaniczny osobnik, nieświadom, że tu trzeba się trzymać kurczowo przy każdym zakręcie, także część krakersów przepadła bezpowrotnie, ale na szczęście 4-ty przystanek był już pod szpitalem.
Siłą wyporu wydostaliśmy się z tramwaju, zapięli płaszczyki i dupiki ;/// |:/:?! i na wejściu w szpitalu stanęli pod schodami.....
Pan z synkiem pomogli mi wtargać wózek i powiozłam go do wind na koońcu kooooońcu korytarza po drodze rozpinając kurtki, czapki , bratki i stokrotki.....?<?<?#@w tym ukropie.....
Na windę czekaliśmy 10 minut, po czym w ścisku pojechali na 5-te piętro, gdzie jest gastrologia , jak sprawdzałam trzy razy na tablicy, bo już zapomniałam. Gdy dojechaliśmy, okazało się , że to anestezjologia, więc porzuciłam ten cholerny wózek wraz z okryciami naszymi wielkimi, wzięłam Dziecię i torebkę , i znalazłam gastrologię 2 piętra niżej.....
Tyle szczęścia co rozumu..... @_@
Za to wpadłam zaraz na Czarną Mambę vel Pindę i od razu napadłam ją o wyniki, po czym zaszłyśmy do sekretariatu, gdzie zażyczyła sobie moje wyniki,a jak sekretarka zapytała, czy się anonsowałam, odpowiedziała, że ja twierdzę, że tak ! (nic takiego nie twierdziłam, głupia pindo z małej litery!!!!!)
No i tak się dowiedziałam, że moje wyniki są niejednoznaczne, że barwią się tylko pojedyncze komórki i trzeba mnie znów pokłóć, położyć, poszukać w mych trzewiach bardziej komórkolicznych miejsc i je pobrać, ale póki co to trzeba dostarczyć próbki z poprzedniego szpitala, bo najpierw się je zbada.....
Help.
Weszłam dwa piętra z mym Dziecięciem po wózek, ubrałam nas wiadomo w co i zabrała nas windą towarową jakaś litościwa pielęgniarka, bo Mały zaczynał zawodzić.....
Ponownie wyjazd ze szpitala, dwie babki znosiły nas ze schodów, tramwaj przyjechał w deszczu i zabrał nas w tłoku odpinających kurtki i furtki; zniesiono nas do metra (już nawet nas nie oblekałam.....)
Winda, pierwsze metro, dojadamy krakersy; winda , drugie metro , wygrzebujemy kruszki z paczki..... Wreszcie przystanek pod kolejką, poszukiwanie windy po właściwej stronie (tylko jeden niepotrzebny wyjazd na powierzchnię), zapinamy, nakładamy , czapki i schabki.
Biegiem na windę do pociągu, na peronie zapowiedź naszego pociągu na wyświetlaczu, euforia, 10 minut czekania i wyświetlacz zmienił się na inny pociąg..... ;/////
Nasz ponoć odjechał wcześniej i pod lichym dachem oczekiwaliśmy pół godziny na naszą kolejkę, dopijając resztki wody z butelki.
Na koniec przed awanturą uratował mnie zapomniany czekoladowy cukierek, bo tylko tak Osek zgodził się jeszcze w wózku wysiedzieć.....
Zmarznięci wpadliśmy tylko przednimi kółkami w dziurę między naszym pociągiem , a peronem, wiadomo trzeba wchodzić energicznie.....rozpięli kapoty i ciuchcia po pięciu postojach przejechała te dwie stacje do naszej.....
Powrotny zasikany zjazd (po zapięciu szalików i dzików) i jeszcze nie zasikany, bo dopiero zbudowany i pod kamerami wjazd i biegusiem do auta, bo leje.....
W strugach deszczu i zapiętych płaszczowinach dojechaliśmy do domu, tylko tam i z powrotem, odebrać wyniki ,w około 3 i pół godziny.
Pestka rzucona do beretu.....
Oboje z Malutkim po zjedzeniu zupy paprykowej padliśmy tak zmęczeni, jak Wy po przeczytaniu tego posta i spali tyle, że starszy Borsuk został przez nas odebrany z przedszkola jako ostatni, tuż przed zamknięciem przedszkola.....
Dziś już gwarantowane niewyspanie.
Nie mam siły wstać z tego krzesła, tu będę spała, brawo ja, jakby skróty myślowe były bardziej doceniane ostatnio, niż wielkie metafory.....
Nakarmiłam duszę,
teraz oddać muszę.....
Łooooo matko, aż się naprawdę zmęczyłam czytając! Niestety, czasem takie cholerne dni też się zdarzają, a ZTM stołeczny świetnie to dodatkowo podkreśla...
OdpowiedzUsuńCzłowiek nie wie na co sie porywa.....
OdpowiedzUsuńRzeczywiście, czuję się jakbym przebiegł kilometr i teraz przez rok nie muszę już ćwiczyć ;)
OdpowiedzUsuń