Na dodatek Oś coraz bardziej niedomaga na zapalenie krtani,a jak mówię Rodzicom, że trzeba okna otwierać i chłodne powietrze wpuszczać, by nim oddychał, to się za głowy łapią - chore dziecko na ziąb wystawiać .....
Co wieczór robię pranie i obwieszam kaloryfery po całości,by było wilgotno, no i ostatnio jak byliśmy na basenie, to zauważyliśmy tam grotę solną,więc dla zdrowia postanowiliśmy się do niej wybrać.
Tata zgłosił się na ochotnika, by pójść ze mną i z Dziećmi, jedyne co wyczytałam, to że trzeba mieć białe skarpetki - nie wiem w sumie po co, żeby było widać, czy czyste?
Musiałam od Mamy pożyczyć, bo jakoś mam tylko inne odcienie, Wik miał jakieś nieco za duże, Oś dostał z niebieskimi paskami i autkiem czerwonym (bo innych nie miałam ).
Telefonów nie można, hałasować nie można - ciekawe , a komu tam będziemy przeszkadzać, nietoperzom?
Weszliśmy do pokoju gdzie się rozebraliśmy z kurtek i butów, wąsaty pan wpuścił nas do małego pokoiku, w którym stały 4 leżaki na nasypanej soli, na ścianach też poukładane były bryły solne, a za nimi kolorowe światła, które migały i się zmieniały, tworząc tajemnicza atmosferę.....
Ściana z brył soli, które w rzeczywistości były blado pomarańczowe.
Sufit był właściwie wycementowany - soli im nie starczyło...... ;)
Z dwóch stron porobione były sztuczne kaskadki, a że pan włączył nam muzykę, na która składało się ćwierkanie ptaków i miauczenie kotków, to atmosfera iście solankowa / sielankowa, z tym ze Młodszy wciąż rozglądał się za tymi kotkami.....
Buchnęła na nas para jodowo-bromowa i bardzo przyjemnie zaczęłam się wylegiwać w tej mgle, bo leżak się rozkładał, a Dzieci zajęte : Oś kopał w soli, a Wik wyszukiwał różne robale zabawkowe, które tam były i rzucał na każdego..... Jak nagle w tym półmroku wskoczył na mnie wielki świerszcz , to prawie się z leżaka zwaliłam, taki był realny (zwłaszcza , że w tej muzyczce jakieś koniki polne i żaby też skrzeczały.....).
Tata nawet nie marudził, próbował nam zdjęcia robić, co też zabronione, choć nie wiem czemu, bo w tej parze i tak nic nie wychodzi. Wyszło tyle co widać <=>
Nikt czystości skarpet nie sprawdzał, może jak na białych widać brud , to w brudnych nie wypuszczają, a że brudne śmierdzą, to mogą sól infekować i gdyby nie obowiązek białych czystych skarpet, to cała ta sala zalatywała by brudnymi skarpetami.....
A tak bryza morska niemalże (hehehe) i słony smak w ustach (od morza.....;)
Plaża solna ;) Dzieciaki na leżaki !!!!!
Pod koniec seansu (50 minut) Oś zaczął zajadać sól z kubeczków zabawkowych, więc najwyższa była pora wychodzić, ale i tak długo wytrzymał .
Wik oczywiście zaraz po rozpoczęciu zachciał siku, więc musieliśmy potajemnie (chociaż nie wiem, bo kamera była) wyłazić do łazienki obok wypuszczając pół kilo soli do pokoju na meble, które pokryły się wkrótce delikatnym siwym nalotem.
Nikt nas nie wyganiał, ani nie przychodził, więc po godzinie sami grzecznie wyszliśmy .
W końcu zjawił się pan obsługujący, coś go zatrzymało, umówiliśmy się na następny dzień i do widzenia.
Nazajutrz byliśmy z Mamą i inny pan puścił nam piosenki dla Dzieci, więc z Wikiem tańczyliśmy kaczuszki (wprost do kamery);) i śpiewali przeróżne "Puszki Okruszki", bynajmniej nie przejmując się , że hałasujemy.
Na korytarzu pewnie tylko echo szło dudnienia z groty..... ;)
Reasumując, po tych dwóch zdrowych seansach, Osek wieczorem tak zaczął okropnie kaszleć szczekająco, że w końcu wylądowaliśmy na pogotowiu na zastrzyku rozkurczającym na krtań,a do tego doktorka chciała nas zostawić w szpitalu.....
Dawno mnie w szpitalu nie było.....
Pewnie dlatego,że po szalonej jeździe do szpitala z moim bratem i jego narzeczoną, Oś zwymiotował na mnie i na siebie,więc przedstawialiśmy sobą obraz choroby i rozpaczy, zalatując rzygowinkami.....
Odmówiłam, więc zostałam postraszona tracheotomią w razie zacisku krtani jak się pogorszy, ale na szczęście doktorka nie nalegała, a ja przeszedłszy już z pierwszym mym Synem rożne krtaniowe perypetie, łącznie ze szpitalem, świadoma jak to wygląda, nie ugięłam się.
Mały dostał oczywiście antybiotyk , sterydy wziewne w większej dawce niż do tej pory, no i ten zastrzyk w tyłek,po którym był tak na mnie wściekły ,że ugryzł mnie w nos jak Go chciałam pocałować i teraz mam czerwony koniuszek jak renifer Mikołaja.....
Pół nocy spędziłam z Osem śpiącym na mej piersi na siedząco ,bo jak Go kładłam budził się , kaszlał i płakał, jak wreszcie udało mi się Go odłożyć , poleciałam pędem wysikać się, bo pęcherz mi pękał, no i zrzucić z siebie zarzygane ciuchy.....
Do 4-tj czatowałam na podłodze przy łóżku,dopiero potem, gdy Mu się poprawił oddech, mogłam legnąć na kanapie i zapaść w krótki sen, w którym czułam obecność Babci.....
Nie śniła mi się od czasu pogrzebu, może chciała mnie pocieszyć,takie to trochę metafizyczne, a może człowiek czegokolwiek się czepia w zmęczeniu i zdenerwowaniu.....
Grunt, że następnego dnia Malutkiemu się poprawiło , ale tak na wszelki wypadek, nie wybraliśmy się już na te "zbawienne" inhalacje solankowe.....



O Boże, dobrze że nie mam dzieci. Oficjalnie...
OdpowiedzUsuńZaba błota sie zarzeka.....;)
Usuń