środa, 11 stycznia 2017

KLĄTWA TRWA

Nowy Rok nastał, siódemka w dacie daje nadzieję na szczęśliwość i dobrą passę.
Może i mi się udzieli, oby zła nie przerzuciła się na moich bliskich.....
Tak sobie spekuluję, bo w Sylwestra Os oblał mnie swoim marchewkowym napojem, a pierwszego stycznia oblał się nim Wii.....
Dodam , że sok ten jest wyjątkowo upierdliwy w spieraniu , zwłaszcza z białych rzeczy.....

Gdy siedzieliśmy przy obiedzie kolejnego dnia wgapiając się niechlubnie w tv, usłyszałam tylko ciche 'ups' i zobaczyłam jak serwetki noworoczne spływają wodospadem na podłogę..... - 
to ponownie Wii, na szczęście powódź była z samej wody i nie zalepiła całej okolicy tak jak sok, który potem przylepiał się do kapci.....

Noworocznie (a raczej dzień po ) wybraliśmy się na narty, a to jeszcze był czas przed nawałnicą śnieżną, więc pojechałam z tymi czterema chłopami wśród łysych pól (dookoła , nie na tych chłopach....;.) i zastanawiałam się, czy to nie dziwne wieźć narty po ugorze.....
Oczywiście stok był zaśnieżony sztucznie, czego Tatuś dowiedział się od znajomego i jako wielbiciel wszelkiego ruchu, a także nart, ciągnął nas ze sobą.
Wysiedliśmy w tym dziwnym śniegu, (biała plama, a wokół traktory..... ;);P no dobra, przesadzam, ale wieś to nie za duża), owiał nas mroźny wiatr, że zatrzęśliśmy się z zimna mimo puchowych spodni i Przywódca czerwono-czarnego stada i blado-czarnej owcy (ja jedna nie miałam czerwonej kurtki), którym był rzecz jasna Tatuś, zaprowadził nas ochoczo na oślą łączkę (miejsce gdzie jeżdżą dzieci i Ci co nie umieją), a sam szybko wycofał się po narty i resztę sprzętu i tyle Go widzieliśmy , bo poszedł sobie zjeżdżać na stok.....
Dodam, że tylko On z nas umie jeździć na nartach.....
No nic, tego się po Nim zawsze można spodziewać, więc popatrzywszy na swego pochmurnego Małżula, który marzł niewyspany i tęsknił za kompem, przekazałam Mu Osa z sankami i poszłam z Wii wypożyczyć Mu narty, bo straasznie chciał jeździć..... (tzn. drugi raz w życiu nałożyć narty na nogi.....)
W wypożyczalni jakieś dwa znudzone karki obrzuciły nas krytycznym wzrokiem i dały Borsukowi dość duże te narty, choć najpierw narzekał, że buty za małe.....
Niebywale podekscytowany, czepiając się ścian wyczłapał się z moją pomocą na górkę, gdzie Małż oznajmił nam , że Żuk już się znudził sankami i jest zimno.....
Euforia Borsuka natomiast nie ustawała i zamontowawszy sobie narty próbował stać, po czym odpadła Mu narta.....
Mężu wziął się za montowanie jej psiocząc, kto Mu ją tak źle nałożył (a czy ja wiem, jak to się robi?! udawałam tylko!!!!!), a mi przypadł w nagrodę ponoć znudzony, acz zadowolony Osio.
Załadowałam go na zielone miednico-sanki  i biegiem na górę, po czym siadłam z Nim i zjechaliśmy z wielkim impetem i radosnym pokrzykiwaniem Małego. Gdy Go znów wciągałam - marudził i wrzeszczał 'mamamamamamama', a gdy zjeżdżaliśmy piszczał z radości..... (jakby się złościł, że pod górkę sanki same nie wjeżdżają.....).
I tak około sto razy, po czym padałam z językiem na brodzie w śnieg.....
W tym czasie Małż wciągał kurczowo trzymającego się Go i kijków Borsuka na górę i próbował Go z niej spychać, po czym najpierw nie mógł Go od siebie oderwać, a  potem narty się Małemu rozjeżdżały, wywalał się i nie mógł wstać.....
I tak około sto razy.....


                                                 

                                                      Kurczowy chwyt i prostowanie nart.
                                                 Kolorowy Żuczek - Gwiazda drugiego planu;)



                              

               Wii  jedzie    ......................................i................... zagadka, co dalej..... ;)


Nawet się zmieniliśmy na chwilę Dziećmi, ale że Małż uważał za uwłaczające zjeżdżać z Osem na sankach, to zbiegał  z górki ciągnąc sanki, więc namachał się jeszcze bardziej niż ja (a przecież zjeżdżanie jest całkiem fajne ;). Zresztą Żuk nie chciał siedzieć sam.
Nasza 'zabawa' trwała prawie godzinę i z ulgą przyjęliśmy fakt, że się kończy i pora zwrócić narty.....
Nawet Wii nie miał nic przeciwko i jak z nieba spadł Mój Tatuś, zamówił sobie u nas ciepłą herbatę (a co my imbryki?!?) i zmył się przebrać narciarskie akcesoria.....
Zmarznięci poszliśmy do pseudo góralskiej knajpy, gdzie ja oznajmiłam, że już wolę iść do tego oszklonego akwarium obok, niż siedzieć w piwnicy, więc przenieśliśmy się na ciepłe napoje do pomieszczenia okrągłego, jak wspomniałam oszklonego, więc stok z niego widać, na którego środku stał piec z butlą gazową dzięki czemu było ciepło. Zamówiliśmy dwie herbaty i dwie gorące czekolady i rozsiedli się w błogim ciepełku.....
Wii ekscytował się teraz swą gorącą czekoladą, Małż karmił Osa swoją, a ja z mym Tatą (zadowolonym, pełnym wrażeń i relaksu) - herbatę.

                                                                 

Czekolada na stole  (Żuczek - Gwiazda drugiego planu ;P;B;)

Gapiłam się smętnie na zachmurzony stok kiedy nagle poczułam jeszcze większe ciepło na obu moich zamszowych czarnych kozakach! Także na kolanach rozpełzło się wściekłe gorąco - a Wii żałośnie spoglądał na resztki swej gorącej czekolady ściekające pod stół.....
Zalał oczywiście głównie mnie, bo siedziałam obok Niego i trochę siebie.....
Na szczęście skóra na butach gruba, więc mnie nie poparzył, bo buty długie aż za kolana, ale czekoladą ich jeszcze nie impregnowałam.....
Potem ja siedziałam już tylko wściekła naprzeciw tej hałastry, która wcale nie przejmowała się tymi wyczynami, a Mój Mełż dokarmiał obu Synów swoją czekoladą.....

                                                                         
                                                       
                                                      Os : 'No i po czekoladzie'
                                                      Wii : 'Spoko, mam jeszcze trochę w policzkach'
                                                     (pod stołem wiadoma plama.....)
                
Wychodząc Tata zagadał do dziada stojącego przy wyjściu i jakoś bardzo przyglądającego się plamie po czekoladzie pod ławką, czy pogoda będzie bardziej zimowa, na co ten odpowiedział, że nie ma się co martwić, bo idzie śnieżyca i już dziś ma padać, co go bardzo cieszy , bo ludzi się na stok więcej zjedzie. Bo to jego stok.....
Z grzecznymi uśmiechami pożegnaliśmy właściciela, zapewniając o rychłym powrocie i udając , że plamy nie ma..... 
Tak też wracałam z tych nart w czekoladowych butach i spodniach, zostawiając za sobą wielką białą i małą brązową plamę.....

Następnego dnia Wii wlazł na stół w kuchni, gdzie na pięknej kryształowej paterze położona była ozdobna choineczka, podniósł ją i gdy ja rzuciłam się ratować już nie wiem czy Jego czy paterę upuścił wszystko zsuwając się ze stołu tak, że została Mu w ręku tylko nóżka..... (od patery oczywiście).
Jakimś cudem tylko przeciął jeden palec szkłem przez całą długość, najpierw uciekł ze strachu, że narobił szkodę, po czym wrócił rycząc, że krew Mu leci.....
 Os siedział obok obojętnie na krzesełku, a ja zmiatałam zewsząd szkło.....
Przyszedł Tatuś, zobaczył co się stało i radośnie poleciał do Mamy naskarżyć na nas, że zbiliśmy Jej ulubioną paterę, więc ewakuowaliśmy się już zgodnie wszyscy troje do Wuja na dole , by przeczekać burzę gniewną w najczystszej postaci.....

I teraz już sama nie wiem czy to Wii tą paterę rzucił, czy ja nie złapałam
i czyja to klątwa wreszcie..... ?????!!!!!

4 komentarze:

  1. Klątwa, mątwa, poprzeplata, trochę zmiotka trochę szmata...

    OdpowiedzUsuń
  2. I nie wiesz, oj nie wiesz już potem, czy cieszyć się czy płakać.....

    OdpowiedzUsuń
  3. Niezłe te czekoladowe perypetie!

    OdpowiedzUsuń