Było niełatwo ,bo noc, ślisko,a trzy Chłopaki wysadziły mnie o 21szej u Ciotki i pojechały same do domu..... Ponoć pół godziny oba Maluchy ryczały,po czym usnęły, na szczęście.....
Ja natomiast zostałam wprowadzona do krainy kotów (dwa dachowce, trzeci skrzyżowany z perskim), gdzie cicho jak makiem zasiał , ściany pełne obrazów, kocich figur i aniołów, ogromne zabytkowe krzesła , stół i szafy,stojące zegary,przestrzeń i nagle bezszelestnie pojawia się kot.....
Ciocia nakarmiła mnie rosołem ,tłustym jak sto pięćdziesiąt,choć wie, że mam dietę beztłuszczową,do tego chleb żurawinowy i herbata, potem trochę politycznej propagandy, bym słusznie myślała i spać na poddasze. Zimno trochę było,więc odkręciłam kaloryfery,zamknęłam drzwi,by mi żaden kot na głowę nie skoczył,materac w starym łóżku po Babci był nowiutki ,więc jakże wygodny..... Zero skrzypnięć, nie to co u nas, zaległa więc ciemność i jeszcze większa cisza w tym kocim świecie,w krainie śniegu i lodu tuż nad rzeką za oknem.....
Dobrze mi się spało,choć musiałam się zerwać przed siódmą,bo było mówione,ze 7:20 wyjeżdżamy
(do szpitala,mojego starego znajomego,a jakże).
Poleciałam do łazienki szybko spuścić wodę,bo wujek mnie ostrzegał,że kibel się zacina i trzeba go walnąć,a nie będę go walić o 12 w nocy, bo w tej ciszy sąsiadów bym pobudziła.....
Tylko wyszłam już nadszedł Wujek w pasiastej pidżamie od stop do głów (zapewne wysłany przez Ciocie) sprawdzić czy wstałam......
Ja oczywiście na czczo,ale Oni jedli śniadanie,dostałam gorzkiej herbaty nieco i zanim Wujek szukając telefonu doszedł do wniosku,że zostawił go u swej mamy, było już przed ósma.....
widok z korytarza szpitalnego.....
Dobrnęliśmy wśród zamrożonych drzew (jak z bajki) do szpitala ok 8:30,jak zwykle poszłam się rejestrować,a tam Moniczka z która leżałam w sierpniu tutaj..... (z postu "sala jak ta lala")Ta tańcząca, z Pląsawicą, już nie tańczyła,okazało się ,że nawet ją leki wyprowadziły i też się dziś kładzie na oddział......
Czekałyśmy potem razem na pobranie krwi, z którego mam wielkiego siniaka na lewym grzbiecie ręki, po czym okazało się że są dodatkowe badania zlecone,więc kłuli mnie jeszcze raz w przegub prawej,a popołudniu podali wlewy, wkłuwając się nad nadgarstkiem prawej,na koniec jeszcze mały zastrzyk w brzuch.....
To właśnie siniak po pobraniu.....
Ciotka wpadła i zabrała mnie na obiad, bo pierwszy dzień nie dostałam, wchłonęła go jak zwykle w 5 min (ja dopiero kończyłam zupę) i poleciała dalej do roboty - nie ma czasu na jedzenie.....
Ja za to pieczołowicie wszystko zjadłam, nie ma to jak w takie mrozy żurek i żeberka.....
Wyjątkowo to nie lekkostrawne, ale w końcu Ciocia sama mi dała.....
Całe popołudnie przegadałam na telefonach i doczekałam się odwiedzin Słonka.
Poszłyśmy sobie na kawę z automatu na korytarz przy tarasie ,całym ośnieżonym,na dachu. Przyniosła mi torbę wafli i czekoladę, będę się w tym szpitalu bardziej objadać niż w domu.....
Tak się zaaferowałam Jej opowiadaniem o grypie żołądkowej, gdy całej Słonecznej Rodzinie lalo się ze wszystkich stron,ze już nie wiadomo było kiedy, z którego, a przypomnę, ze ma 2 Małe - 3-latek i niemowlę 6miesieczne....., że z rozmachem rozlałam kawę po całym parapecie , na którym siedziałyśmy, taka metafora bluzgów..... ledwie uciekłyśmy..... Czekolada się przypomniała z poprzedniego posta.....Wik jednak odziedziczył zdolności po mamie.....
Zgarnęłyśmy ją w kąt chusteczkami i przesiadły na czysty parapet, gdzie opowiedziałam jak rano szukałam informatyków,by podłączyć się do WiFi, :wchodzę w jakieś drzwi w podziemiach ,a tam słyszę z pokoju obok rechot trzech lub czterech facetów :"i ona mi mówi, żebym jej się wpisał do grafiku, a ja jej na to, że wczoraj w składziku znalazła się wyrwa w grafiku, to i dziś się znajdzie.....hahahahahahah...."
Na moje "dzień dobry" przerwali nagle, wyjrzał zza drzwi jakiś chłopak w koszuli i pyta wesoło w jakim celu tu przyszłam. To ja mówię,że po WiFi, a on czy kwitek mam,a że nie miałam,to pyta która pielęgniarka taka mądra,że mi nie powiedziała,to ją na dywanik weźmie,odwraca się do pozostałych i słyszę ,że wszyscy tam ryją,tylko po cichu.....
W końcu mi,nieco skonfundowanej,dali karteluszek do wypełnienia i jak widać WiFi szpitlowe mam,tak się wycwaniłam.....Rechot się za mną niósł po wyjściu tego pokoju, na całe podziemia.....
W końcu Słonko się zebrało,bo w domu powiedziało,że na spacer idzie,a ile można spacerować po takim mrozie.....
Ciotuchna tez się wreszcie niechętnie od pracy oderwała, a wychodząc wręczyła mi jeszcze obrazek z Bozia i Dzieciątkiem (bo niby to ma za dużo.hmm,no ma ) oraz trzy książki święte, które dostała od księdza, leżącego na łóżku na korytarzu pod naszymi drzwiami,do poczytania.....Biblię dla dzieci,książkę o miłosierdziu i o właściwym wychowaniu w Rodzinie.....
To mam lekturę.....


Dobrze że w ten pochmurny dzień nawiedziło Cię Słonko a nie Deszcz
OdpowiedzUsuńPewnie, ze dobrze! :D
OdpowiedzUsuń