Można powiedzieć,że około 3-ciej nad ranem babka harcowniczka lekko się uspokoiła ,a ja z głową pod poduszką próbowałam choć przetrwać do rana przy akompaniamencie kaszli z korytarza..... Po 5-tej babka znów zaczęła się rzucać,więc nie spałam wcale.....
Oczywiście gdy nadszedł dzień, dopiero przestała wariować.....
Całe szczęście obiecano mi,że dziś wyjdę,ale zaaplikowano jeszcze żelazo,bo morfologia mi się pogorszyła,co nie dziwne przy immunosupresji, jednakże Ciotuchna zapowiedziała,że bierze mnie do siebie na dzisiejszą noc,bo jest ślisko i nie będę jechać busem w taką pogodę.....
Cóż mogłam rzec, moja Ciotuchna,co wiele mi pomaga, nie znosi sprzeciwu,więc poinformowałam markotnego Małża,że jeszcze jedną noc musi sobie z Dziećmi dać radę,
a sama zapadałam w drzemki pomiędzy kroplówkami, bo wiedziałam,że i tak przed 15-ta nie wyjdę.....
Obiad na szczęście dostałam (jak to w piątek - ryba -tyle że zmielona), resztę czasu przetrawiłam na rozmowy z Moją Aną, bo wybierała się na skoki do Zakopanego,
z Elfi, która mnie chciała wesprzeć w szpitalnej niedoli oraz Kati, jako że miała chwilę wolnego czasu,zanim Jej Mały wrócił z przedszkola.
W końcu musiałam się spakować i bardzo chętnie opuścić tą duszną klitkę, bo już następne pacjentki w kolejce czekały......
Spakowana, czekam na wolność.....
Oczywiście Ciotuchna zabrała mnie na obiad , mimo że już jadłam, przy okazji nakupiła pysznych ptysiów i napoleonek na później (i mnie oczywiście dała,a ja jak te ciele łakome, choć świadome błędów dietetycznych, z wielkim smakiem to pożerałam.....).
Myślałam, że urwę się jeszcze na kawkę pożegnalną, ale już mnie nie wypuściła , co będę latać,mam czekać u Niej w gabinecie, dorzuciła do poprzednich darów jeszcze książkę o ludziach, którzy opowiadali o swych chorobach i cudownym wyleczeniu.....
Czekałam cierpliwie, wychodząc co chwila,gdy ktoś przychodził z interesem czy podpisem do gabinetu, aż wreszcie przyjechał po nas Wujek.
Jakoś się zabrałam z moją różową torbą z rzeczami, siwą torebką na ramię oraz torbą prezentową od Cioci, która przy wyjściu się rozwaliła, wypadło całe dno i wszystkie książki i obrazek Bozi ze środka.....
Zaraz dostałam nowa torbę, pozbierałam towar, dorzucono mi jeszcze zestaw ćwiczeń na zesztywniające skrzywienie kręgosłupa oraz wielki bukiet róż i jak ten objuczony osioł z rękami dopiero po wenflonie powlekłam się do auta.....
Tak też ponownie trafiłam do krainy kotów i ciszy.....
Tylko weszliśmy do wielkiego domu Ciotki, a spod drzwi czmychnęły 3 cienie.....
Ciotuchna kazała mi się ulokować tam, gdzie poprzednio, a sama popędziła do umówionego fryzjera.
Jako że Wujek nie jest zbyt rozmowny i poszedł sobie do swego gabinetu, ja się trochę rozgościłam w pełnej nawieszanych obrazków i figurek kuchni, zrobiłam sobie wymarzoną kawę i zadzwoniłam do Mamci, by przedstawić Jej moją sytuację, tzn. wyniki utrzymują się w granicach 300, na szczęście nie jest to 600, choć normy są koło 50.....
Jakkolwiek dawki mam zmniejszone, krew muszę kontrolować, by zapobiec zbytnio wahaniom płytek i hemoglobiny, i może na razie szybko do szpitala nie wrócę..... :)
Koty zaczęły mi miauczeć pod drzwiami, więc za pozwoleniem Wujka wypuściłam je na dwór, a sama rozsiadłam się w bujanym fotelu w salonie. Albo byłam za lekka , albo za ciężka, bo wciąż z niego spadałam, więc przesiadłam się na fotel Cioci, skąd miałam dobry widok na ścienne obrazy, oraz dwa duże urocze krasnalki, które stały pod ścianą.....
Ponoć to krasnalki ogrodowe, ale Ciocia dostała je od swoich Dzieci i nie chciała,by się tam zniszczyły, zwłaszcza że w Jej ogrodzie już chowa się kilkadziesiąt ogrodowych ludków,elfów, skrzatów, zwierzątek z gipsu lub wikliny i oczywiście krasnali.....
Kawałek salonu z krasnalkami.....
Pasuje mi atmosfera tego domu, mam to w końcu we krwi, ja i moja Mamcia też lubimy kolekcjonować milion drobiazgów, a u Cioci są to często bardzo urocze rzeczy.
Cisza natomiast na etapie życia z Małymi, wiecznie rozwrzeszczanymi Dziećmi, jest najpiękniejszą muzyką.....
Ciotka szybko wróciła, trochę podcięta i zaraz nam z Wujkiem urządziła podwieczorek z ptysiów i napoleonek, włączyła piosenki wokalisty lubelskich bardów, z utworami Hanny Lewandowskiej, po czym wysłała nas na odwiedziny do Mamy Wujka i do Jej Synka, Mojego Kuzynka Endiego.
Podzieliliśmy się z Wujkiem wizytacjami i ja poszłam do Kuzyna, On do Babci (jako że chorych babci mi na razie wystarczy.....)
Endi ma Małą miesięczną Córeczkę i bardzo fajną żonkę, z którą swego czasu całkiem się zaprzyjaźniłam, bo zawsze mnie w chorobie wspierała i odwiedzała na oddziale.
Urządziła nam herbatkę z wafelkami , które przyniosłam (tak,tak, wciąż te od Słonka, trzeba przyznać, że się przydały,bo nie ładnie tak z pustymi rękami przyłazić) i poopowiadała trochę o Malutkiej , która słodko spała i ciężkich przeżyciach przy porodzie,bo miała sepsę.....Na szczęście wszystko skończyło się dobrze, zagadałyśmy się i naprowadziły Endiego, by trochę pomagał w nocy przy Małej, a tu już dzwoniła Siostra Endiego, aby przyjść do Niej na kolację, więc zebraliśmy się na następną wizytę.....
Eliza przyrządziła nam pastę rybną z jajkami i kanapki z dżemem morelkowym i przy tym posiłku przysłuchiwaliśmy się Jej opowieściom o Gietrzwałdzie, gdzie byli na Sylwestra i o objawieniach Matki Boskiej Dzieciom, które tam miały miejsce.....
Przyjemny, trochę nawiedzony klimat, w ten zimowy wieczór, w towarzystwie Moich Kuzynów.....
W końcu zebraliśmy się razem z Elizą z powrotem do Cioci, bo już 21 sza dochodziła, mrozik lekki na dworze skrzypiał nam pod butami, a ja byłam przeszczęśliwa, najedzona, świadoma możliwości wyspania się wreszcie na wygodnym materacu na poddaszu.
Ciotuchna znów nam naładowała napoleonek i ptysiów do zielonej herbaty, a ja jadłam jak odkurzacz, sama sobie wyrzucając swoje łakomstwo.....
Tak też upasiona, rozpieszczona i w rezultacie mocno zmęczona poszłam spać już po 22-giej,nawet specjalnie nie gapiłam się w płynącą nieopodal zmrożoną rzekę, ani w rozświetlone okna sąsiadów, koty zawiedzione umknęły z poddasza,obrażone ze znów zajmuję ich królestwo,a ja wreszcie zapadałam w mocny ,spokojny sen.
Obudziłam się sama o 6 rano, wyspana jak dawno nie i poszłam walnąć kibel, by napłynęła woda, bo wiadomo - noc , cisza, nie zakłócajmy jej.....
Niemalże skocznie, jakbym nie miała tych wszystkich chorych flaków, zbiegłam na dół po dwóch kondygnacjach wijących się schodów, gdzie już Ciocia krzątała się w kuchni.....
Jaka by Ona nie była charakterna, to jednak Człowiek z sercem na dłoni, zawsze chce coś jeszcze pomóc,albo podarować od siebie. Czasem robi to w sposób nakazujący, nie znoszący sprzeciwu,ale ja - pokorne ciele - całkiem na tym dobrze wychodzę, choć czasem troszkę się może jeszcze buntuję.....
Dziś już się nie buntowałam jak kazała mi jechać pociągiem (bo busem ślisko i niebezpiecznie) oraz pierwszą klasą, na co koniecznie mi wepchała pieniądze (fakt, pojechała bym raczej drugą), dała śniadanie z kawą z mlekiem,oraz bułkę na drogę,a także czekoladki i herbatę, mimo że nie miałam już gdzie tego pomieścić.....
Grzecznie przyjęłam,nie bez zadowolenia zresztą,uznając że nie długo będę z tym wędrować,bo Wujek zawiózł mnie na PKP i tam tylko musiałam wylądować w dobrym wagonie.....
Nadjechał pociąg - 3 wagony 11,12,13 do Gdyni. Ja miałam 11 ale do Kołobrzega, więc stojąc pod tym 11-tym do Gdyni,zapytałam motorniczego gdzie 11 do Kołobrzegu.....
Kazał mi iść w druga stronę na czoło pociągu,bo tam dołączą wagony.....
No to polazłam, 14,15,16,17,18,19..... I tyle.....
Oczywiście coś Mu się musiało pomylić, więc wracałam znów jak kto głupi, objuczona tobołkami wzdłuż wagonów i drugi motorniczy wskazał mi ten 11 wagon, właśnie do Gdyni pod którym stałam wcześniej.....
Cóż , zważywszy że miałam bilet do Kołobrzegu, było to nieco mylące,ale widać w naszej rzeczywistości nic nie może być jasne.
Wpakowałam się do mojego przedziału na miejsce 25 te, gdzie już siedziała jakaś jedna młoda dziewczyna jadąca do Gdyni, a jej Tatuś upewniał się czy to na pewno ten wagon.
Nie tylko ja miałam dylematy.....
Ta 1 klasa różni się od drugiej tylko szerokością (i ilością oczywiście) foteli - tu mieszczę na jednym mój tyłeczek i torbę podręczną, a tam tylko tyłek.
Szyby są tak samo brudne,a w tak pustym pociągu o 8 rano w sobotę, to w 2 klasie mogłabym sobie siąść sama w przedziale, bez jakiejś zblazowanej Małolaty, która non stop gapiła się co ja robię,że tak nieustannie w ta klawiaturę stukam i pewnie myśli, że jestem nawiedzona jakaś,bo zdarzy mi się poruszać ustami jak piszę bardziej energicznie,czy uśmiechać do siebie,a ona to jest piękna (no niebrzydka dziewczyna to fakt), ma naprawdę ważne sprawy na głowie,jakąś ważną naukę, czy miłosne zawody, a to dopiero problemy.....
Hehe , dobra to są moje głupie rozważania zza studenckich czasów,gdy jeździłam autobusem na zajęcia, patrzyłam na matki z dziećmi lub ludzi jadących do pracy i myślałam sobie jak oni nic o życiu i jego trudach nie wiedzą.....
Jakże się myliłam, to dopiero teraz mogę przyznać,kiedy sama jestem na ich miejscu.....
Tak sobie jedziemy po Polsce naszej,
biało z prawej , biało z lewej -
Śnieżny kraj.
Coraz bliżej celu jestem raczej
już nie zdążę z mej wędrówki
Uciec w świat!


Dobrze że na dworcu nie musiałaś przechodzić przez bramki szpiegujące jak na lotniskach, bo po tym żelazie, które dostałaś w szpitalu, na pewno byś zapiszczała niczym żółta gumowa kaczucha...
OdpowiedzUsuńTo dlatego nie podejmujesz żelaznych postanowień.....
UsuńPo przeczytaniu twych wpisów, nabrałam ochoty na ptysie :)
OdpowiedzUsuńTo fakt, ptysie są pycha..... ;P
Usuń